Huculskie fascynacje 2008-03-29 15:23:05 Kraków od wieków był miejscem spotkań Wschodu z Zachodem. Dziś miłośnicy Karpat Ukraińskich co roku zapraszają pod Wawel Hucułów, by słuchać ich muzyki, chłonąć kulturę i czerpać z góralskiej filozofii.
Huculszczyzna leży w widłach Prutu, Czeremoszu i Cisy, u stóp Czarnohory, najwyższego pasma Karpat Ukraińskich. Szczytem masywu (jak i całej Ukrainy) jest Howerla, jeden z symboli narodowych Ukrainy, leżący 2601 metrów n.p.m. Huculszczyzna od setek lat była ziemią pogranicza. W XIV wieku wchodziła wraz z Rusią Halicką w skład I Rzeczpospolitej, będąc jej południowo-wschodnim krańcem. W zeszłym stuleciu górale huculscy byli obywatelami lub poddanymi m.in. hitlerowskich Niemiec oraz Związku Sowieckiego. Jednak żaden z tych systemów nie był w stanie ich zniewolić.
Utalentowany lud
Justyna Cząstka pierwszy raz pojechała na Huculszczyznę w 2004 roku. Ówczesna studentka III roku muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim zabrała się na wyprawę z kołem naukowym geografów UJ, by przeprowadzić badania przyrodnicze w Czarnohorze. Do wyjazdu namówił ją Piotr Kłapyta, z którym zaprzyjaźniła się podczas kursu przewodników beskidzkich. Cząstka pragnęła badać muzykę huculską, gdyż po II wojnie światowej (kiedy Huculszczyzna znalazła się poza granicami Polski) nie prowadzono badań etnomuzykologicznych.
- Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, gdzie będziemy spać. Po prostu szliśmy do ludzi i poznawaliśmy ich kulturę. Oczarowała nas nie tylko wciąż żywa tradycja i muzyka ludu huculskiego, ale przede wszystkim niebywała gościnność, dobroć i zaufanie, jakim nas obdarzono. Pokochaliśmy na wieki tę krainę i postanowiliśmy „przywieźć” ją do Krakowa – wspominają pierwszy wyjazd. W ten sposób dwa lata temu narodził się pomysł, by w Krakowie zorganizować Festiwal Huculski, którego druga edycja odbyła się w dniach 14-17 marca 2008 roku. Patronem przedsięwzięcia jest Stanisław Vincenz, autor epopei huculskiej „Na wysokiej połoninie”.
- Huculi to jeden z najbardziej utalentowanych ludów Europy. Każdy z nich to zarazem król, lider, skrzypek i cymbalista. Na Huculszczyźnie nie powstała jedna stolica, gdyż do jej miana aspiruje każde miasteczko. Stolice tej krainy powstawały też za granicami, a Kraków stał się kolejną z nich – mówi prof. Igor Macijewski z Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, wybitny badacz muzyki huculskiej.
Symbolem tego folkloru - wyjątkowo melodyjnego, skocznego i żywiołowego – jest trembita (trąbita), niespełna 4-metrowy drewniany instrument dęty. Używa się go zarówno na karpackich pastwiskach, jak również podczas ludowych obrzędów. Głęboki, niski dźwięk trembity donosi o narodzinach, ślubie i śmierci, oraz o wypędzaniu bydła na wypas, jak i spędzaniu zwierząt z połonin.
Skrypki i trembity
Wizytówką muzyki huculskiej można nazwać zespół Czeremosz z Werchowyny (Żabiego w czasach II RP), którego liderem jest Roman Kumłyk. Justyna Cząstka i Piotr Kłapyta poznali go podczas „przecierania huculskich płajów”. Zaprzyjaźnili się, Piotr z Justyną zafascynowali się instrumentarium oraz nutami Kumłyka. W zeszłym roku huculski muzyk z zespołem gościł na weselu karpackim Piotra (górala babiogórskiego) i urodzonej w Zakopanem Justyny. - Na ślub zaprosiliśmy gości z całych Karpat. Huculszczyzna zawsze będzie miejscem naszego pierwszego pocałunku, który miał miejsce na sianie w stodole. W „ojczyźnie człowieczej”, jak to mawiał Vincenz, nasza miłość po prostu musiała się zrodzić – wspominają Kłapytowie. Dziś, oprócz czuwania nad Festiwalem Huculskim, zajmują się pracą nad doktoratami na Uniwersytecie Jagiellońskim. Piotr Czarnohorę zamienił na Tatry i bada rzeźbę wysokogórską. Justyna kontynuuje badania etnomuzykologiczne na Huculszczyźnie. I ma ręce pełne roboty, gdyż „każdy Hucuł to utalentowany artysta, który czuje muzykę, rozróżnia tonację oraz rodzi się ze skrypkami, a umiera z trembitą” – mówi Roman Kumłyk. Lider Czeremoszu gra zarówno na skrzypcach, sopiłce, dwojnicy, jak i telence, kukułce czy dudach – ludowych instrumentach, w które wsłuchiwali się pasjonaci Huculszczyzny podczas 4-dniowego festiwalu, zorganizowanego przez Fundację Artica. Zespół Czeremosz, który od lat współpracuje z polskim zespołem ludowym Orkiestra Św. Mikołaja (również wystąpił w Krakowie), czerpie z tradycji muzycznych nie tylko Huculszczyzny, ale także Bukowiny, Zakarpacia czy Pokucia. Folklor ukraiński przeplata się z rumuńskim, żydowskim, węgierskim i cygańskim. W skład zespołu huculskiego wchodzą skrzypce, cymbały, sopiłka (pasterska fujarka), bęben i (rzadziej) akordeon, a muzycy grają skoczne hucułki i czardasze.
Apostołowie prawdy
Huculszczyzna to nie tylko muzyka. Charakterystyczny dla tego rejonu jest choćby koń huculski - niewysoki (135-145 cm), ale bardzo silny, odważny, o żelaznym zdrowiu. Koniki huculskie przemaszerowały podczas festiwalu przez krakowski Rynek Główny, wzbudzając ogromne zainteresowanie turystów. Ci, którzy ich dosiadali, twierdzą, że polskie konie nie mogą się z nimi równać, gdyż są zbyt płochliwe, a każda drobna przeszkoda jest dla nich nie do obejścia. Koń huculski to tytan pracy – mawiają znawcy. A podobno jeżdżąc na nim, można przeglądać gazetę, gdyż na hasło „do chaty” dojdzie do niej.
Huculszczyzna to także ludowe wierzenia, magia oraz góralska filozofia - znana z epopei Vincenza czy dzieła ks. Józefa Tischnera „Historia filozofii po góralsku”.
- Huculi to apostołowie prawdy, ludzie prości, bezpośredni, niezmanierowani, wyznający te same wartości od kilkuset lat. Dla Vincenza Huculszczyzna była „małą Europą”. Na naszym kontynencie narody powinny współżyć między sobą, jak Huculi choćby z Żydami, którzy od wieków byli ich sąsiadami. Ich wartości są nam potrzebne w dobie jednoczącej się Europy – mówi Justyna Cząstka.
Zdaniem Karoliny Kwiecień, Huculszczyzna to kraina magiczna, gdzie czas się zatrzymał. - Ten niewielki zakątek Ukrainy, przytulony do granicy rumuńskiej, już przed wojną zyskał miano „najciekawszego zabytku etnograficznego Europy”. Wkraczając do tej krainy, stajemy zdumieni, że tak niedaleko istnieje świat barwnych haftów, skocznej muzyki, wypasów na połoninach i archaicznych wierzeń mocno okraszonych magią – mówi podróżniczka, autorka przewodnika po Czarnohorze.
Chata na Huculszczyźnie
Po upadku Związku Sowieckiego „wrota” na Wschód są coraz szerzej otwarte, z roku na rok rośnie liczba polskich turystów, penetrujących dzikie szlaki Czarnohory i korzystających z gościnności Hucułów. Karolina Kwiecień po raz pierwszy wyjechała na Huculszczyznę w czasach licealnych. To była jej pierwsza wyprawa zagraniczna. Zabrała plecak, konserwy, 50 dolarów i ruszyła na ukraińskie połoniny.
- Siedem lat temu moi przyjaciele wpadli na pomysł, żeby kupić pod Czarnohorą chatę. Z koleżanką załatwiłyśmy wszystkie formalności w ciągu 10 dni. Dom kupiłyśmy w ciemno, gdyż właścicielka zgubiła klucze i nie mogła nam go pokazać – mówi Polskiemu Radiu pasjonatka Huculszczyzny. Chata była w fatalnym stanie, od pięciu lat nikt w niej nie mieszkał, a całe wyposażenie było przegnite i zatęchłe. Karolina wraz z przyjaciółmi pojechała remontować dom.
- Łataliśmy dziury w dachu, reperowaliśmy sufit, który „leżał” na stole. Mieliśmy dużo szczęścia. Dziś na kupno domu na Huculszczyźnie po prostu nie byłoby mnie stać – opowiada. Dla autorki przewodnika po Czarnohorze Huculszczyzna łączy się z odkrywaniem tradycyjnej gospodarki wiejskiej. To mnóstwo przygód, wypędzanie zwierząt na połoniny, sianokosy, zakładanie ogródka. Huculszczyzna to także tygodniowe wesela, odpusty, cięcie drzewa w lesie itp.
Mimo swoich huculskich pasji, Karolina nie chciałaby tam zamieszkać na stałe, gdyż nie wie, czym mogłaby się zająć. Najdłużej w Karpatach Ukraińskich mieszkała przez pięć miesięcy. Dziś robi badania etnograficzne na temat współczesnej religijności Hucułów, o kompleksie wierzeń związanych z losem, przeznaczeniem, śmiercią i życiem pozagrobowym. Huculi w większości należą do Kościoła Greckokatolickiego oraz Cerkwi Prawosławnej, jednak w ich wierze można znaleźć wiele akcentów nawiązujących do pogaństwa. O tym właśnie Karolina Kwiecień pisze doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Tatry 200 lat temu
O chacie na Huculszczyźnie marzy zapewne dr Włodzimierz Witkowski z Politechniki Łódzkiej, pasjonat Karpat Ukraińskich i tamtejszej drewnianej architektury mieszkalnej i sakralnej. Zauroczył się Huculszczyzną, czytając „Na wysokiej połoninie” Vincenza. Pierwszy raz w Czarnohorze był jeszcze przed odzyskaniem przez Ukrainę niepodległości w 1991 roku. W latach 90. rozpoczął wyjazdy badawcze ze studentami na Huculszczyznę. Mieli inwentaryzować obiekty architektury drewnianej, w tym cerkwie na rzucie krzyża. Podczas Festiwalu Huculskiego w Krakowie można było podziwiać rysunki i fotografie studentów i pracowników naukowych Politechniki Łódzkiej.
- Na Huculszczyznę przyciągają wspaniałe, dziewicze góry, cudowna kultura ludowa, która przetrwała w postaci pierwotnej. Wprawdzie Huculi mają już komórki i dzwonią do siebie z połoniny na połoninę, lecz używają także do komunikacji trembit, a czas umilają sobie grą na sopiłkach – mówi Polskiemu Radiu Witkowski. W ciągu 13 lat organizator wypraw zaraził swoją pasją ponad 100 studentów architektury z Politechniki Łódzkiej, z którymi rokrocznie wyrusza na ekspedycje badawcze. Studenci sami garną się do wyjazdów, dla wielu z nich to podróż życia.
Jednym z uczestników zeszłorocznej wyprawy jest Tomasz Rospędek z IV roku architektury w PŁ. Był to jego pierwszy wyjazd na Ukrainę. Zaskoczyło go to, że Huculi zapraszali badaczy do siebie, oglądali szkice i byli dumni, że Polacy są ich gośćmi.
- Huculszczyzna to nie tylko cerkwie, inwentaryzacja drewnianej architektury i kontakty z ludźmi, ale także góry, takie Tatry 200 lat temu, bez szlaków, ludzi, ratowników, telefonów komórkowych. Zapamiętałem jedną scenę, skąpane w porannym słońcu, we mgle budzące się do życia Karpaty. Chciałbym tam wrócić – opowiada student.
Bo Huculszczyzna to, zdaniem wielu jej pasjonatów, jeden z ostatnich dzikich obszarów w Europie, do którego można pojechać i znaleźć ciszę, spokój, poznać życzliwych ludzi, którzy jeszcze przez „chwilę” nie będą na pierwszym miejscu stawiali pieniądza, jako jedynego celu kontaktów z ludźmi.
Tomasz Kułakowski
|